Nie wiem co sie stało tamtej nocy. Już zapomniałem o wilczycy, oraz o tym co mi mówiła. Lecz nadal w głowię miałem jej wygląd, jej przerażone oczy z których ociekała krew. Już myslałem że zacznę normalne życie, a tu co!? Znowu niespodzianka. Poszedłem na polowanie. Coś mi to nie szło. W ciągu godziny wdepnąłem w dwa szkła, a złapałem tylko małego jelonka. Na Ridzie spoczywała teraz wataha. Zjadłem jelenia i poszedłem w głąb, miałem nadzieję na bardziej udane polowanie. Zacząłem rozglądać się po lesie i zobaczyłem... To ona! To była ona! To ta wilczyca!
-Stój! -krzyknąłem ale ona uciekała
-Stój! Tam jedzie.. -niedokończyłem..
Wilczyca wpadła pod wielką ciężarówkę. Kierowca nawed się nie zatrzymał, wręcz przeciwnie. Z piskiem odjechał. Podbiegłem do wilczycy. Leżała cała we krwi ze złamaną łapą. Przypomniałem sobię coś z akedemika magi.. Zaklęcie odwrotu. Położyłem łapę na ranie i od razu się zagoiła.
-Cześć, jestem Bren. Ta wilczyca która zaczepiła cię w tym chorym lesie. Powiedziała wilczyca
-Dla czego chorym? -zapytałem ze zdziwieniem
-Wiesz, to zaczęło się 10 lat temu -opowiadała - Gdy moja matka jeszcze żyła, ten las był bardziej urodzajny niż by się zdawało. Było dużo do jedzenia, a drzewa miały liście i były zielone, mgła nie zasłaniała wszystkiego. Po ataku watahy Słońca to się mieniło. Urodziłam się w najgorszym czasie. W czasie, gdy wszędzie porozstawiane było obozy wroga. Zostałam strażniczką wejścia Delterane. Mówiąc prościej głównego wejścia równiny Delty na tym terenie. Jako mały wilk gucio mogłam zrobić, ale wtedy przydawała się każda pomoc. Nawet ta najmniejsza. Jakoś udawało mi się razem z Inferno bronić wejścia. Wataha wykoczowała całe tereny, a nam został teren który do niczego się nie nadawał. Niby watahy Słońca juz tam nie ma, ale są ich obozy (już całkiem zardzewiałe i poniszczone), ale są tam ich duchy... Chodzą
- Co się z nimi stalo? -przecież oni sami uciekli
-Tia.. Konik na biegunach! Spalili się we własnym wstydzie że nas nie pokonali. Za karę moja matka kazała ich spalić na stosie, dla tego nie można tam mieszkać... Bo są tam duchy...
-Stój! -krzyknąłem ale ona uciekała
-Stój! Tam jedzie.. -niedokończyłem..
Wilczyca wpadła pod wielką ciężarówkę. Kierowca nawed się nie zatrzymał, wręcz przeciwnie. Z piskiem odjechał. Podbiegłem do wilczycy. Leżała cała we krwi ze złamaną łapą. Przypomniałem sobię coś z akedemika magi.. Zaklęcie odwrotu. Położyłem łapę na ranie i od razu się zagoiła.
-Cześć, jestem Bren. Ta wilczyca która zaczepiła cię w tym chorym lesie. Powiedziała wilczyca
-Dla czego chorym? -zapytałem ze zdziwieniem
-Wiesz, to zaczęło się 10 lat temu -opowiadała - Gdy moja matka jeszcze żyła, ten las był bardziej urodzajny niż by się zdawało. Było dużo do jedzenia, a drzewa miały liście i były zielone, mgła nie zasłaniała wszystkiego. Po ataku watahy Słońca to się mieniło. Urodziłam się w najgorszym czasie. W czasie, gdy wszędzie porozstawiane było obozy wroga. Zostałam strażniczką wejścia Delterane. Mówiąc prościej głównego wejścia równiny Delty na tym terenie. Jako mały wilk gucio mogłam zrobić, ale wtedy przydawała się każda pomoc. Nawet ta najmniejsza. Jakoś udawało mi się razem z Inferno bronić wejścia. Wataha wykoczowała całe tereny, a nam został teren który do niczego się nie nadawał. Niby watahy Słońca juz tam nie ma, ale są ich obozy (już całkiem zardzewiałe i poniszczone), ale są tam ich duchy... Chodzą
- Co się z nimi stalo? -przecież oni sami uciekli
-Tia.. Konik na biegunach! Spalili się we własnym wstydzie że nas nie pokonali. Za karę moja matka kazała ich spalić na stosie, dla tego nie można tam mieszkać... Bo są tam duchy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz